Zapraszam do przeczytania artykułu gościnnego autorstwa Michała Dębskiego, studenta IV semestru Architektury i Urbanistyki, UTP w Bydgoszczy, który jest rodowitym Bydgoszczaninem, a zarazem miłośnikiem Szczecina – przy okazji polecam jego stronę na Facebooku STUDIO|RADVAN.
Czwarty peron Dworca Głównego nie robi dobrego wrażenia. Idąc za tłumem, wkracza się na kładkę nad torami. Niech będzie błogosławiona, mimo szpetności! Rozpościera się zeń znakomity widok na szczyty tego miasta. Mnogość wież, sygnaturek, iglic, ale też postawne sylwetki budynków zwróconych ku rzece – to Szczecin.
Szczecin, jako perełka urbanistyczna, nie wymaga uzasadnienia. Jednak poza poziomymi płaszczyznami, zwraca uwagę jego wertykalizm. Doskonale zakomponowane skarpy, wzniesienia i terasy podkreślają atuty architektury miasta. Do końca nie wiem, czemu w Polsce tak cicho jest o osiągnięciach architektonicznych tego miasta nad Odrą. Inna miejscowość, nad tą samą rzeką, na Śląsku, mimo niemieckiego dziedzictwa, jakoś figuruje w podręcznikach znacznie częściej…

Mój flaneuring był chaotyczny. Czułem presję czasu i pogody. Z okien kamienic spoglądały najstarsze szczecinianki. Okolice Bramy Portowej bardzo się zmieniły, choć „Pionier” ten sam. Moja ulubiona bryła kościoła NSPJ również – swoją drogą pierwszy w historii budownictwa obiekt zbudowany przy pomocy cementu portlandzkiego. Nieopodal niezauważony symbol epoki – Kino Kosmos z wyjątkową mozaiką.
Inny, bardziej bolesny, to kamienica przy Bolesława Śmiałego 27. Dokładny adres pomoże dotrzeć, do pokaleczonej kulami elewacji. Kiedy przed ’39 na ziemiach polskich królowała biała architektura rodem z Gdyni, tutaj powstawały arcydzieła z ciemnej cegły. Szczecin posiadł dużo prawdziwego ekspresjonizmu – w przeciwieństwie do secesji. To Śródmieście należy przemaszerować, patrząc, jak to mawiał prof. Zin, „po gzymsach”.
Często wzrok ogranicza monumentalizm. Kipi on od budynków municypalnych i od zwykłych kamienic. Szerokie arterie miasta, na swój zielono-asfaltowy sposób, krystalizują mi przestrzeń. Nie poszedłem na pl. Grunwaldzki, a Łasztownię w budowie obejrzałem z przeciwnego brzegu. Plac Tobrucki dla mnie ten sam, co 15 lat temu. Z zasadniczą różnicą, że straszny i piękny Czerwony Ratusz, poddany został gruntownej renowacji. I nie tylko on. Plac nadal się rozlewa, szukając zamknięcia, zespolenia, a Sedina trafiła niezasłużenie między bajki. Co jakiś czas szumiał mi za plecami tramwaj, choć wolę chodniki.
Szczecińskie są bardzo prawdziwe, rasowe, zróżnicowane i wypolerowane upływem czasu. Do pozazdroszczenia jest Śródmieście, które nie zwymiotowało jeszcze kostką Bauma.
Miasto z nowoczesnymi deptakami, kiepskimi placami, remontowanymi bulwarami. Da się je lubić? Pocztówki prowadzą na Wały Chrobrego. I mają rację, ciężko nie być oczarowanym, szczególnie rankiem. Pisma architektoniczne kierują do budowanej filharmonii i muzeum Przełomów.

I słusznie. W moim mieście mam ten problem, że zwraca się uwagę na dwa, trzy miejsca – jakby tylko z nich składał się cały ośrodek. Na szczęście, nad Odrą nie jest aż tak źle. Zahaczyłem o punkty na Szlaku Gotyku Ceglanego. Zmiany w katedrze, czy innych świątyniach należy pochwalić, natomiast Rynek Sienny w sporej części pozostawia niesmak. Wyjątkami są pieczołowicie odrestaurowany ratusz i kilka kamieniczek. Nieujarzmiony postmodernizm psuje ducha Szczecina, szczególnie w tak cennym miejscu. Tu, gdzie jego serce, o krok od Zamku.
Przed powrotem do domu zboczyłem jeszcze w Potulicką i Owocową. To ulice o wielkim potencjale, o ciekawym nastroju i marnym stanie. Może i na nie przyjdzie czas. Podobnie jak i na Wyspę Jaskółczą, urokliwą drobnostkę.
Szczecin się rozwija. Widać żurawie na budowach, pozamykane ulice, remonty, rosnące budynki. To jest piękne. Nie wiem, dokąd popłynie ten ogród, jednak jestem pewny, że jeszcze tam zajrzę. Tym razem z akwarelami.




















